Od wybuchu w Czarnobylu minęło 35 lat. Jak dziś wygląda zamknięta strefa wokół terenów najbardziej dotkniętych skutkami katastrofy?

Damian Cieślak
Damian Cieślak
Michał Korn
Michał Korn
Na zdjęciach możecie zobaczyć spokojny obraz opustoszałej Prypeci, zrujnowane place zabaw, bloki mieszkalne, stopniowo wdzierające się do budynków drzewa. Krajobraz straszy zardzewiałymi karuzelami, opustoszałymi basenami czy pomieszczeniami wypełnionymi stertami zniszczonych książek lub straszącymi maskami gazowymi. pixabay
Dziś, 26 kwietnia 2021 r., przypada 35. rocznica katastrofy w Czarnobylu. Zobaczcie, jak wygląda zamknięta strefa wokół terenów najbardziej dotkniętych skutkami wybuchu w elektrowni jądrowej.

Na zdjęciach możecie zobaczyć spokojny obraz opustoszałej Prypeci, zrujnowane place zabaw, bloki mieszkalne, stopniowo wdzierające się do budynków drzewa. Krajobraz straszy zardzewiałymi karuzelami, opustoszałymi basenami czy pomieszczeniami wypełnionymi stertami zniszczonych książek lub straszącymi maskami gazowymi.

Od wybuchu w Czarnobylu minęło 35 lat. Jak dziś wygląda zamk...

We wrześniu 2019 roku w Muzeum Ziemiaństwa o historii i współczesności Czarnobyla opowiadał Krystian Machnik, najlepszy znawca tematu w Polsce. Ostrowianin, twórca portalu napromieniowani.pl, systematycznie eksploruje opuszczone miejsca, dokumentuje, odkrywa tajemnice, pomaga samosiołom. Czarnobyl stał się sensem jego życia.

Test bezpieczeństwa

26 kwietnia 1986 r. w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej doszło do wybuchu w reaktorze jądrowym bloku nr 4 i rozprzestrzenienia się substancji radioaktywnych. Do katastrofy doszło w trakcie testu bezpieczeństwa. - Sprawdzali, w jakim momencie reaktor może stać się niebezpieczny, czy dojdzie do problemów. Można powiedzieć, że próba zakończyła się powodzeniem - mówi Krystian Machnik. To była pierwsza tego typu awaria. Nikt nie miał pojęcia, jak się tym zająć. Pierwsi strażacy, którzy dotarli na miejsce katastrofy umarli w ciągu 2 tygodni na chorobę popromienną. Poziom promieniowania był tak wysoki, że fotografowi, który chciał robić zdjęcia prześwietliło kliszę.

Propaganda Związku Radzieckiego robiła swoje. - Jeszcze w maju 1986 r. polskie gazety podawały, że jest planowane ponowne uruchomienie reaktora, a tam nawet nie było do czego wejść - opowiada ostrowianin. Na początku sprawę postanowiono zatuszować. Zamiast rozpocząć ewakuację mieszkańców, podjęto decyzję o wyłączeniu telefonów. - Mam kolegę Andrieja, który wtedy miał 17 lat i wspomina, że jak tylko dostrzegli dym wydobywający się z elektrowni, telefony już nie działały - podkreśla twórca portalu napromieniowani.pl.

To, co zostało z reaktora jądrowego nr 4 przykryto betonową masywną powłoką zwaną sarkofagiem. Zbudowano ją po katastrofie, by zabezpieczyć atmosferę przed promieniowaniem jonizującym. Konstrukcja miała wytrzymać 20 lata, dała radę dekadę dłużej. W końcu wybudowano nowy sarkofag.

Wszystko, co znajduje się w środku jest niebezpieczne dla człowieka i może spowodować jego śmierć. Mam kolegów, którzy pracują w czarnobylskiej elektrowni i wchodzą do tego sarkofagu. Potrafili zmierzyć tam promieniowanie wielkości 8 siwertów, podczas, gdy dawka śmiertelna wynosi 5. Przyjęcie 8 oznacza śmierć w ciągu 30 minut. Ich praca wyglądała taka, że wchodzili na chwilę, robili zdjęcia, pobierali próbki i wychodzili. Na początku promieniowanie było tak wysokie, że już na samym wejściu przyrządy nakazywały opuszczenie tego miejsca. Z czasem jednak radioaktywność maleje - opowiada Krystian Machnik.

Radzieckie Las Vegas

Jako pierwsze i w największym stopniu zostało skażone miasto Prypeć. Wybudowane od podstaw w 1970 r. specjalnie dla pracowników elektrowni było bardzo rozwinięte. Mieszkańcy mogli robić zakupy w markecie, mieli do dyspozycji m. in. salę sportową, 3 baseny, biblioteki, salę wykładową, sale muzyczne, 15 przedszkoli, 6 szkół. - __Było tak dobrze wyposażone, że nawet ludzie z Kijowa przyjeżdżali na zakupy. Miasto wpisywało się w radziecką propagandę. Jesteś elektrykiem, więc żyje ci się dobrze. W innych miejscach dominowały szare bloki, a tutaj wszystko miało robić wrażenie. Plac centralny był oświetlony dosłownie z każdej strony - mówi Krystian Machnik.

Prypeć podzielono na 5 mikrorejonów. W środku każdego znajdowała się szkoła i przedszkole. - Było to tak pomyślane, że dzieci idąc do szkoły nie musiały przechodzić przez drogę - podkreśla ostrowianin. Było bezpiecznie, bo ludzie mieli świadomość, że jak stracą pracę, to pozbędą się również przydziału na mieszkanie, dlatego nie opłacało się kraść czy popełniać innych przestępstw. Problemy były za to z alkoholem. - Każdego wieczoru jeździł samochód, "zbierał" zataczające się osoby i wywoził je do ówczesnej izby wytrzeźwień, która znajdowała się poza miastem - tłumaczy Machnik.

Prypeć od elektrowni dzieliły 3 km. Mieszkało w niej około 50 tys. ludzi. Średnia wieku wynosiła 26 lat. W dniu katastrofy życie toczyło się normalnym rytmem.

Odbyło się 8 wesel, działała dyskoteka, w restauracji obok ludzie bawili się na przyjęciu. Mieszkańcy jeszcze nie wiedzieli, że jutro opuszczą to miejsce na zawsze - podkreśla

ostrowianin. Kolejnego dnia o 10.00 zarządzono przymusową ewakuację. Miała trwać tylko 3 dni, dlatego każdy zabierał tylko najpotrzebniejsze rzeczy. - Cała operacja przebiegała spokojnie. Ludzie wychodzili przed swój blok, bo taki był nakaz i żartowali, że jadą na wakacje - opowiada Krystian. Kordon autobusów liczył 1000 pojazdów i miał 30 km długości. Mieszkańców sąsiednich miejscowości ewakuowano dopiero 5 maja...

Ludność z terenów skażonych trafiła do innych wiosek, gdzie została przyjęta przez tamtejsze rodziny. - Każdy zgłaszał, ile osób może przyjąć. Sytuacja, która miała potrwać 3 dni, zaczęła się niebezpiecznie przedłużać. Po kilku tygodniach miejscowi zaczęli siłą wyrzucać przybyszów, wyzywać od radioaktywnych - mówi ostrowianin. W końcu władze podjęły decyzję o budowie dla nich nowych domów.

Prypeć to najkrócej istniejące miasto w historii. - Budynki już się zawalają. Jako pierwsze padają te wykonane z cegły. W szkołach można znaleźć jeszcze wyniki uczniów, dowiedzieć się, że ktoś 3 tygodnie przed katastrofą dostał uwagę czy rodzice dziecka zostali wezwani na spotkanie z dyrektorem. Pozostały książki. Na każdej okładce Lenin tłumaczy młodzieży zawiłości świata - mówi twórca portalu napromieniowani.pl

"Oko Moskwy"

Czarnobyl nie jest miastem skażonym i opuszczonym jak się powszechnie uważa. Przed awarią żyło tam 13 tys. osób, dziś około 2 tys. Są to głównie pracownicy administracji czarnobylskiej, policjanci, leśnicy czy naukowcy. Funkcjonuje 7 sklepów. - Jest to miasto dziwne. Ulica prowadząca do administracji wygląda okazale, ale wystarczy wjechać w jakąś boczną uliczkę i już tak kolorowo nie jest - opowiada Krystian Machnik.

11 km na północny zachód od Czarnobyla i w tej samej odległości na południe od Prypeci położone jest miasteczko Czarnobyl-2. Wybudowane dla pracowników radaru pozahoryzontalnego służącego do wykrywania pocisków batalistycznych wystrzeliwanych w kierunku Moskwy, czyli po prostu system wczesnego ostrzegania Związku Radzieckiego.

"Oko Moskwy" aktualnie nie działa, dlatego istnieje możliwość wejścia na szczyt radzieckiego szpiega. - Jak pierwszy raz tam wchodziłem to byłem bardzo ostrożny. Teraz już nie robi to na mnie większego wrażenia. Na szczyt prowadzą drabiny, bo windy już nie działają. Idzie się 150 metrów do góry, później trzeba zejść. Ja tam byłem około 60 razy. To jest poważny wysiłek, zwłaszcza zimą wejście stanowi bardzo duże wyzwanie. Jak siedziałem tam sam, to miałem poczucie największego osamotnienia w życiu. Wokół cisza kompletna, ludzi żyje niewielu, pierwsze światła migają 10 km dalej - opowiada Krystian.

Strefa zamknięta

Strefa wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej wynosi 2600 km kwadratowych. To ogromny obszar, na którym znajduje się 96 miejscowości, w tym 3 miasta. Ma bardzo nieregularny kształt wynikający z tego jak rozchodziło się skażenie po katastrofie. - Początkowo wiatr wiał w kierunku zachodnim, dlatego jest bardziej rozciągnięta w tę stronę. Kilka dni później wiatr zmienił kierunek i wszystko poszło na północ, w stronę Białorusi. Radioaktywność nie widzi granic, więc strefa rozciąga się na dwa państwa - opowiada Krystian Machnik. Strefy zamknięte są dwie. Pierwsza, 10-kilometrowa, to obszar największego skażenia, bezwzględnego wykluczenia. Stąd wyrzucano ludzi siłą, nikt tam nie mógł pozostać. W drugiej, 30-kilometrowej radioaktywność jest nieznacznie podwyższona. - Tak naprawę większość terenu jest czysta, można by go otworzyć, ale pozostaje w zamknięciu ze względu na swój stan - mówi ostrowianin.

Co ciekawe świat przyrody... poprawił się po katastrofie. - Okazuje się, że człowiek bardziej szkodzi zwierzętom niż promieniowanie. Jest coś takiego jak czerwony las. Jeśli w nim zwierzęta będą się żywić to nie pożyją długo, ale w innych miejscach to promieniowanie nie jest duże - podkreśla.

Niesie pomoc samosiołom

Temat Czarnobyla interesował Krystiana od dawna. Pierwszy raz udał się do strefy w 2013 r. Dziś jest to jego sposób na życie. - Żyję z tego co lubię, z tego co kocham, z tego czym się pasjonuję. Zawsze mnie "kręciły" tematy pomijane. Ludzie jadą na wakacje do Egiptu, a ja do Czarnobyla - śmieje się ostrowianin. Regularnie organizuje wycieczki do strefy, a także akcje pomocowe samosiołom. To ludzie, którzy po przymusowej ewakuacji nie potrafili się odnaleźć w nowym miejscu i zdecydowali się wrócić do rodzinnych domów.

Dziś nie każdy wie na czym polega radioaktywność, a 30 lat temu było jeszcze gorzej. Byli traktowani jak trędowaci. Na ich widok ludzie potrafili przejść na drugą stronę ulicy. Bali się, że czymś ich zarażą. Dla mieszkańców Prypeci, a więc miasta istniejącego zaledwie 16 lat, ewakuacja nie była wielkim dramatem, ale dla ludzi z okolicznych terenów, których rodziny mieszkały tam od kilku pokoleń to była tragedia. Były miejscowości liczące 800 osób, a w nich przewijały się tylko 3 nazwiska, tak rzadko ludzie się tam mieszali. Przeżyli wojnę, niejedną biedę, a promieniowania nie było widać, nie było czuć, więc tego nie rozumieli - opowiada twórca portalu napromieniowani.pl.

Podejmowali próby powrotu do domu. Droga wiodła przez druty kolczaste, bagna i lasy. - Jedna babuszka wróciła rok po ewakuacji. Napaliła w piecu, przyleciał helikopter. Wybiegła z widłami i dali jej spokój. Drugą wyrzucała milicja, a ona i tak za każdym razem wracała. Zdarzały się różne sytuacje. Rodzina wygoniła kobietę z nowego domu i kazała wracać do strefy - mówi Krystian Machnik.

Wróciło około 3 tys. osób. Większość, nie widząc perspektyw na przywrócenie w tym miejscu normalnego życia, wyjechała. - Dziś wg danych administracji czarnobylskiej żyje tam 150 osób, a według moich 30-40. Administracja delikatnie mówiąc działa dziwnie. Do tej pory nie odnotowała śmierci mężczyzny z 2016 r. - podkreśla ostrowianin. Ci, którzy wrócili na dobrą sprawę są pozostawieni sami sobie. Raz na kilka miesięcy pojawia się sklep obwoźny. Wtedy mogą zakupić najpotrzebniejsze produkty. - Ile wytrzyma chleb? Może maksymalnie tydzień, dlatego żyją z tego co wyprodukują i pomocy innych - opowiada Krystian. Sam również zdecydował się pomóc samosiołom. Na swoim portalu organizuje zbiórkę. Ostatnio udało się uzbierać ponad 20 tys. zł. Kupuje produkty, uzyskuje pozwolenia i ze swoimi kompanami rusza w drogę. - Mamy już tam przyszywane babcie, które bardzo cieszą się na nasz widok. Niestety, z każdym rokiem jest coraz mniej tych osób. Niedługo nie będzie dla kogo robić takich akcji - podkreśla. Samosiołom zawozi jedzenie czy odzież.

Radioaktywność jest wśród nas

Czy nie boi się jeździć do strefy? Czy nie obawia się promieniowania? Te pytania słyszał już wiele razy. Co odpowiada? - Radioaktywna chmura dociera do Polski średnio dwa razy w tygodniu. Wielu z nas ma radioaktywne elementy w domu i pewnie nawet o tym nie wie. Ale nie ma się czego obawiać, bo w takich ilościach nie jest to niebezpieczne dla życia człowieka. 200 metrów od sarkofagu promieniowanie wynosi 2 mikrosiwerty, a podczas lotu samolotem około 4, ale o tym nikt wam nie powie - kończy Krystian Machnik.

Były ofiary, ale nie wiadomo ile

Ocena skutków katastrofy oraz liczba ofiar do dzisiaj budzą kontrowersje. Wiadomo, że w konsekwencji samego wybuchu życie straciły dwie osoby. Pierwsza zginęła na miejscu, druga, z poważnymi obrażeniami i licznymi poparzeniami radiacyjnymi trafiła do szpitala, gdzie szybko zmarła. Byli to pracownicy elektrowni, którzy w momencie wybuchu znajdowali się najbliżej reaktora numer 4. Wśród wielu mitów, plotek i pogłosek dotyczących wybuchu w Czarnobylu jest też taka, że trzeci pracownik zmarł z powodu zawału serca, do którego doszło na skutek nagłego stresu. Niektóre zachodnioeuropejskie media donosiły także o setkach ofiar, które Rosjanie w pośpiechu mieli zakopywać w pobliżu elektrowni. Rewelacji tych nie potwierdziły żadne z późniejszych badań, które były prowadzone na terenach skażonych. Co więcej, im dłużej badano skutki katastrofy, tym mniej radykalne wnioski pojawiały się w opracowaniach. Mimo niepewnego źródła informacja o dwóch pracownikach, którzy jako pierwsi zginęli na miejscu, została potwierdzona.

Eksplozja skaziła atmosferę

Liczba osób, które zmarły w wyniku ostrej choroby popromiennej tuż po katastrofie, waha się, w zależności od źródła, od 31 do 41 osób. Byli to członkowie załogi elektrowni narażeni na najsilniejsze promieniowanie zaraz po wybuchu oraz strażacy biorący udział w 10-dniowej akcji gaśniczej. W sumie osób, które mogła dotknąć choroba popromienna, mogło być około 200 (niektóre źródła podają 134 „napromieniowanych”). Wszystkie były potem, przez wiele lat, obserwowane przez lekarzy. W przypadku kilku zgonów, które nastąpiły po wielu latach, szukano związku z chorobą popromienną, ale nie było na to przekonujących dowodów. Śmiertelność na choroby nowotworowe czy białaczki nie była w tej grupie wyższa niż w całej populacji. Eksplozja, która zniszczyła reaktor numer 4 oraz ważącą 2 tysiące ton płytę zabezpieczającą, uwolniła do atmosfery duże ilości substancji radioaktywnych. Jak duże? To pozostaje tajemnicą. Naukowcy zajmujący się sprawą Czarnobyla poruszają się w sferze domysłów, domniemywań i szacunków. Wiadomo jeszcze o czterech kolejnych ofiarach katastrofy w Czarnobylu. Była to załoga śmigłowca, który brał udział w akcji gaśniczej. Maszyna zaczepiła śmigłem o okablowanie i spadła na ziemię. W wypadku zginęły cztery osoby załogi śmigłowca. Wiele kobiet decydowało się na usunięcie ciąży ze strachu przed urodzeniem niepełnosprawnego lub zdeformowanego dziecka.

Promieniowanie jonizujące a choroby

Brak rzetelnych informacji dał duże pole do spekulacji. Pojawiały się doniesienia o dramatycznym wzroście zachorowań na białaczkę i inne nowotwory. Szukano zwiększonej liczby chorób genetycznych. Po latach prawie wszystkie te odkrycia zostały zdementowane. Szczególne kontrowersje wzbudziły dane mówiące o zachorowaniach na raka tarczycy. Komitet ONZ do spraw Efektów Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) opracował raport, opublikowany w 2000 roku, w którym przedstawiono skutki zdrowotne wybuchu w Czarnobylu. Eksperci ocenili sytuację w rejonach skażonych na Białorusi, Ukrainie i w Rosji. Okazało się, że nie zanotowano na tych terenach wzrostu zachorowań na białaczkę ani na inne nowotwory, który można byłoby przypisać skutkom działania promieniowania jonizującego.

Wyjątkiem była tarczyca. Badając skutki genetyczne narażenia na napromieniowanie na Białorusi i Ukrainie w rejonach o najwyższym skażeniu, a także w szeregu krajów europejskich, raport UNSCEAR stwierdził, że brak jest oznak potwierdzających wzrost częstości występowania objawów chorób dziedzicznych, takich jak zespół Downa, anomalie porodowe, poronienia lub umieralność płodów. Panika była wtedy tak duża. Wiele kobiet decydowało się na usunięcie ciąży ze strachu przed urodzeniem niepełnosprawnego lub zdeformowanego dziecka. W całej Europie przeprowadzono wtedy 100 tysięcy aborcji, głównie we Włoszech i Grecji. W Polsce na taki krok zdecydować się miało 2 tysiące kobiet.

Podjęto decyzję o podaniu płynu Lugola

Tarczyca to organ, który posiada naturalną zdolność gromadzenia jodu. Wybuch elektrowni w Czarnobylu sprawił, że w atmosferze znalazły się spore dawki radioaktywnych izotopów, jodu-131. To dlatego podjęto w Polsce decyzję o podaniu płynu Lugola wszystkim, którzy nie ukończyli 17. roku życia. Płyn Lugola, czyli wodny roztwór jodu i jodku potasu, miał za zadanie „nasycenie” tarczycy jodem do tego stopnia, że nie była ona w stanie przyjąć już kolejnych dawek. Profesor Zbigniew Jaworowski, który w 1986 roku został członkiem Polskiej Komisji Rządowej ds. Skutków Katastrofy w Czarnobylu, twierdził potem, że decyzja o podaniu płynu Lugola była przedwczesna i przesadzona. Uważał, że promieniowanie nie było tak silne, aby podejmować takie kroki, ale w tamtym czasie wszyscy działali pod wpływem paniki, a niewiedza tylko podsycała domysły.

Sarkofag nad reaktorem

Jak doszło do awarii? Przegrzanie i częściowe stopienie rdzenia reaktora spowodowało wybuch wodoru. Doszło do tego w wyniku nieprawidłowo przeprowadzonego testu bezpieczeństwa systemu chłodzenia reaktora, co spowodowało jego przegrzanie. Została rozerwana obudowa reaktora i budynek, w którym się mieścił. Doszło do bezpośredniej emisji do atmosfery i otoczenia elektrowni radioaktywnego pyłu grafitu oraz uranu z wnętrza reaktora. Reaktor, który uległ awarii, pokryto betonowo-stalową osłoną (sarkofagiem), który miał zapewnić ochronę na 30 lat.

Do listopada 2017 roku miał zostać ukończony nowy, lepszy sarkofag. Jego zadaniem było pokrycie dotychczasowego. Ukraina otrzymała na ten cel 190 mln euro od UE i krajów G7. 350 mln euro obiecał przekazać EBOR. Inwestycję zakończono 29 listopada 2016 roku. Nowy sarkofag zbudowano w formie stalowej kopuły o trzech ścianach. Jest to największa i najwyższa na świecie budowla o takim kształcie. Trwałość konstrukcji szacuje się na ok. 100 lat.

Żołnierze zapadli na chorobę popromienną

Pierwszy udokumentowany wypadek jądrowy miał miejsce w lipcu 1945 roku. Kilkunastu żołnierzy mających nadzorować test pierwszej bomby atomowej otworzyło beczki zawierające materiały radioaktywne potrzebne do wybuchu i zapadło na chorobę popromienną. Katastrofa elektrowni jądrowej Fukushima w Japonii była drugim na świecie wypadkiem (po Czarnobylu), który oznaczono awarią stopnia 7 w siedmiostopniowej międzynarodowej skali INES.

14 kwietnia 2011 roku Junichi Matsumoto, pełniący obowiązki prezesa firmy TEPCO, właściciela elektrowni Fukushima I, stwierdził na konferencji prasowej, że z punktu widzenia emisji materiałów radioaktywnych katastrofa była równa katastrofie jądrowej w Czarnobylu lub od niej większa.

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Pałac w Żegocinie ma nowych właścicieli, którzy chcą przywró...

Otwarcie sezonu truskawkowego w Gołuchowie. Potrawy z owocem...

Do parku w Gołuchowie w końcu nieśmiało zawitała wiosna ZDJĘCIA

Dziś Międzynarodowy Dzień Ochrony Zabytków. Co warto zobaczy...

Ukląkł, przeżegnał się, a potem uderzył w twarz ochroniarza na Jasnej Górze. Za uwagę o braku maseczki

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie