W rodzinnym domu jedli pod stołem z psem i kotem, sztućców nie znali. Od dwóch lat Marcin i Dawid uczą się życia w rodzinie zastępczej. W rodzinach zastępczych dzieci mają szansę nie tylko na namiastkę normalnego ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
W rodzinnym domu jedli pod stołem z psem i kotem, sztućców nie znali. Od dwóch lat Marcin i Dawid uczą się życia w rodzinie zastępczej.

W rodzinach zastępczych dzieci mają szansę nie tylko na namiastkę normalnego dzieciństwa, ale na prawdziwą miłość i zaangażowanie, które często ratuje im życie.
10 - letni Marcinek i jego 8 – letni brat Dawidek, których spotkaliśmy na festynie z okazji Dnia Rodziny Zastępczej w Zespole Placówek Opiekuńczo – Wychowawczych w Pleszewie, przeżyli prawdziwy koszmar w rodzinie biologicznej. Tylko półtora miesiąca spędzili w pleszewskim domu dziecka, gdyż drzwi do swojego domu i swojego serca otworzyli przed nimi Ilona i Robert, choć było i jest to dla nich ogromne wyzwanie. - Pomysł założenia rodziny zastępczej pojawił się 3 lata temu. Potem kurs dla opiekunów zastępczych i wizyta w domu dziecka, gdzie spotkaliśmy Marcinka, tego grubaska i jego braciszka. Odwiedzaliśmy ich ale wziąć do domu nie mogliśmy, bo te pijaki (przyp. red. - rodzice biologiczni chłopców) buntowały dzieci. mówili, że za daleko mieszkamy, a oni chcą odwiedzać chłopców.


Wszystko jednak dobrze się skończyło, 27 kwietnia 2007 roku chłopcy zamieszkali w Kaliszu u nowej rodziny.
Małżonkowie mówią, że założenie takiej rodziny musi być starannie przemyślaną decyzją, gdyż dziecko to nie mebel, który można wyrzucić, gdy się znudzi. - Mieliśmy kontakt z inną rodziną zastępczą, więc wiedzieliśmy z czym to się wiąże. Od czasu do czasu oglądaliśmy też telenowelę dokumentalną ,,Kochaj mnie”, ale ona tylko wybiórczo przedstawiała problemy, a w rzeczywistości jest zupełnie inaczej – mówi Ilona. Dodaje, żedzieci to szczęście i zmartwienia zarazem.
Chłopcy pochodzą z rodziny patologicznej, ich biologiczni rodzice nadużywali alkoholu, zaniedbując zupełnie dzieci, co spowodowało opóźnienie w ich rozwoju, wiążące się z licznymi chorobami i problemami wychowawczymi, m.in. nadpobudliwością.


- Sztućców nie znali, jedli rękoma, jak jedzenie ostygło. U psychologa pokazali, że jedli razem z kotem i psem. Ja wszystko w życiu widziałem, ale tego pojąć nie mogłem – wspomina Robert pierwsze dni z nowymi synami. Dodaje, że malcy zarabiali na utrzymanie rodziców. - Kiedyś wyszliśmy przed dom, koło kosza leżały porozrzucane puszki, wtedy młodszy zapytał, czy my też musimy zbierać puszki, wniosek nasuwa się sam... - stwierdza.
Na tym się jednak nie kończyło. - Moje dzieci były święcie przekonane o tym, że jak idę do sklepu, to wychodzę z niego nie płacąc za towar, u nich to było normalne, podprowadzali wielokrotnie chleb, podprowadzali papierosy i piwo dla rodziców, sklepikarze nawet na to nie reagowali, bo to była mała szkodliwość społeczna. Jak idę z nimi do sklepu, to muszę uważać, żeby mi czegoś nie zwinęły, bo one do perfekcji mają to opanowane – opowiada.


Marcinek i Dawidek, choć zostali ochrzczeni, nie wiedzieli czym są święta, nie odróżniali Wielkanocy od Bożego Narodzenia.
- Jak mówiłem przed świętami, że pojedziemy do marketu po choinkę i będziemy ją razem z mamą ubierać, to pytały się, co to jest choinka, ja im odpowiadałem, że symbol Bożego Narodzenia, ciężko było im to pojąć – opowiada. - Prezenty były dla nich jednak jeszcze bardziej odległe – dodaje.
Ilona z Robertem ciężko pracują nad tym, żeby chłopcy wrócili do normalności, już widać tego drobne efekty. W ubiegłą niedzielę Marcinek przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej. - Uczyłem go wszystkich formułek, modlitw i pieśni. Razem chodzimy do kościoła. Marcinek uczył się bardzo chętnie i cieszył, że może przyjąć Pana Jezusa do swego serca – mówi z radością. Dodaje, że chłopiec jest pracowitszy, stał się również bardziej otwarty i ciekawy świata.


- Zaraz po powrocie ze szkoły (przyp. red. - Marcin uczęszcza do szkoły specjalnej) domu mówi, co ma zadane i prosi, żeby mu pomóc. Marcin jest bardzo serdeczny, lubią go nauczyciele i dyrektorka szkoły. Kiedyś szarmancko przywitałem się z dyrektorką, całując ją w rękę, Marcin zrobił to samo, powiedział, że jak tatuś może, to on też. Chłopiec naśladuje moje zachowanie. Nasze zainteresowania idą w tym samym kierunku. Obaj lubimy zwierzęta i podróże, często wybieramy się razem do Gołuchowa do parku, zobaczyć żubry – opowiada.
Dzięki Ilonie i Robertowi dzieci poznają świat, w ciągu tak krótkiego pobytu u nich już dwa razy były w Zakopanym, zobaczyły też morze.


Nowych rodziców martwi jednak to, że Dawidek nadal jest bardzo zamknięty, nie zwraca się do nich,, mamo, tato’’, na dźwięk słowa ,,mama” przechodzą go dreszcze, nie chce go nawet napisać. Chłopcy podobnie reagują na słowa ,,Sylwia” i ,,Hieronim”, tak bowiem mają na imię ich biologiczni rodzice.
Rodzice biologiczni nie interesują się nimi w ogóle, poza tym chłopcy nie lubią jeździć do Pleszewa, skąd pochodzą.


- Przeżyli straszną traumę jak jechaliśmy tu na festyn, gdy widzieli, że wjeżdżamy na teren powiatu ple-szewkiego, obawiali się, że tu już zostaną - opowiada.
Szkód wyrządzonych przez biologicznych rodziców jest wiele. - Dyrektorka szkoły Marcinka powiedziała mi, że dziecko może ubiegać się o stypendium socjalne, jest jednak warunek, musi mieć stały adres zamieszkania, a u nas chłopcy zameldowani są tylko tymczasowo. Pojechałem więc do miejscowości, gdzie mieszkała ich matka biologiczna, a tam okazało się, że w 2003 roku wymeldowała i siebie, i chłopców z pobytu stałego – opowiada.


Rodzicielstwo Ilony i Roberta jest słodko – gorzkie.
- Marcin już półtora roku mówi mi tata, kiedyś powiedział mi: ,,Kocham Cię bardzo”, a raz mówił: ,,Nigdy nie miałem tak kochającej rodziny”.
Dawid jemu wtóruje, jednak te słowa nie wypływają od niego, on jest bezduszny, ten młody chłopiec nie ma żadnego zrozumienia dla drugiego człowieka, chce przez to pokazać, że jest najważniejszy, dlatego współpracujemy z wieloma specjalistami, m.in. z psychologami, psychiatrą i neurologiem – mówi Robert.


Mimo wszytko Ilona i Rober nie załamują się, jak mówią, idą do przodu pod wysoką górę, pokonując małymi kroczkami oprócz barier wychowawczych również bariery urzędowe – podkreślając, że robią to dla ,,swoich dzieci”.
Rodzin, borykających się z podobnymi problemami jak Ilona i Robert na festynie było wiele, wymieniały się między sobą uwagami, dawały wskazówki. Korzystały też z pomocy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Pleszewie. Wszyscy cieszą się jednak, że dziećmi zajmuje się, ktoś, kto nie zrobi im krzywdy.

* imiona na prośbę bohaterów zostały zmienione

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!